CraSH !!!

Jest niedzielne przedpołudnie. Leże w łóżku na kwaterze w Łebie. Nie pamiętam co się wydarzyło dzień wcześniej. W głowie śmigłowiec...

...a nic nie zapowiadało problemów, gdyż w sobotę postanowiłem wybrać się tylko na lajtową przejażdżkę na latarnie w Czołpinie. Byłem tam już parę razy na plaży i wydmach ale nigdy nie miałem okazji wjechać na latarnie.

 

Pogoda tego dnia była taka sobie, dość ciemno, pochmurno ale nie padało i nie wiało, więc ogólnie było OK. Ot taki typowy październikowy dzień. Początkowo miałem jechać sam ale T był akurat wolny, więc z chęcią się do mnie przyłączył. No to pojechaliśmy...

 

Kilometry mijały na spokojnie, wręcz leniwie. Jechaliśmy sobie bez jakiejkolwiek spiny robiąc sobie nawet po drodze przystanek na browarka. Gdy dojechaliśmy do celu czekał na nas dość stromy i piaszczysty podjazd na latarnie. Dalej z latarni zjechaliśmy na wydmy i wyszliśmy na plaże, gdzie poszliśmy dalej piechotą podziwiając spokojną taflę Bałtyku i kontemplując o życiu. Po kilkuset metrach wyszliśmy z plaży skierowaliśmy się tym razem na wieżę widokową. T prowadził bo znał drogę, a ja jechałem grzecznie za nim i tyle pamiętam z tego popołudnia...

 crash 4

...pamięć wróciła kilka godzin później w momencie wyjazdu spod tomografu na SORze w Lęborku! Po wyjściu na korytarzu spotkałem B, który opowiedział mi co się wydarzyło.

Mniej więcej szło to tak. Z opowiadań T wynika, że dojechaliśmy na wspomnianą wieżę, gdzie spędziliśmy duższą chwilę po czym ruszyliśmy w dół po jakiejś betonowej drodze. T jechał znów z przodu, więc też całej sytuacji nie widział. Mówił mi potem, że usłyszał tylko odgłosy soczystego dzwona za sobą. Prawdopodobnie wyniosło mnie z drogi na piasku i wleciałem na gruby drewniany pal, który z impetem ściąłem lewą nogą/korbą! W rezultacie zbiłem piszczel i skrzywiłem lewe ramie korby...

krzywa korba

... ale to nie było najgorsze co mnie tego dnia spotkało bo dalej prawdopodobnie przemieliłem się z rowerem w jakimś chorym OTB (byłem wpięty w SPDki) i finalnie przywaliłem z impetem głową w kant jednej z płyt betonowej drogi. Z relacji T wnika, żę na chwilę zacząłem odjeżdżać ale udało mi się jakoś ogarnąć i pozostać przytomnym.  Mój kask z prawej strony poszedł w rozsypkę ale dzięki Bogu spełnił swoje zadanie - uratował mnie! Nawet nie chcę myśleć jak skończyła by się ta wycieczka, gdybym jechał z gołą głową!

rozwalony kask 661

Jak widać skorupa z prawej strony cała się połamała. Z zewnątrz całość trzymała się tylko na farbie i naklejkach :-/

Teraz najlepsze. Nic nie pamiętam od wyjścia z plaży do SORu, a podobno się jakoś pozbierałem przy pomocy T i jeszcze przejechałem (z rozpieprzoną korbą) parę kilometrów do Smołdzina, gdzie B podjął mnie autem. Z relacji osób które mnie widziały tym okresie generalnie byłem "na chodzie" ale podobno non-stop pytałem się o to samo. To była jakaś ciężka bania :)

Z pozostałych uszkodzeń to zbity prawy łokieć i biodro oraz parę okazjonalnych siniaków. TK głowy nie wykazała żadnych niepożądanych zmian.

Aktualizacja 18.10204

 Minął tydzień i chyba będę żyć, zbicia powoli się goją. Nie mam żadnych negatywnych problemów z głową oprócz tego, że pamięć nadal nie wróciła. Skutki dla maszyny jak się później okazało były jednak dużo poważniejsze niż początkowo sądziłem. Rama się poddała...

Click me

Skomentuj