Wyprawa: Rowokół - święta góra

"Pojedziemy tu, tu i tu..."- powiedział B. przy małej Łomży.
"Tylko lajt poproszę, turystyka rekreacja. Urlop mam, tak?!" - odparłem.

Godzina 15:00 gorąco i sucho (przy najmniej nie wieje). W końcu pojawił się oczekiwany T. Torchę czasu zajeło mu odlepienie się od TV (moto GP). Szybka regulacja hamulców i ciśnienia w gumach i w końcu ruszyliśmy.
B. prowadził, z tego co bełkotał zrozumiałem że jedziemy w kierunku jeziora Gardno. Szutry lasy, kopne piachy, trochę asfaltu. Traska fajna urozmaicona. B. robił w peletonie na swoim lekkim Kubusiu, a my gdzieś tak z tyłu (miało być turystycznie!). W pewnym momencie myslałem, że się zgubiłem ale się odnalazłem. Aha, po drodze zgubił się gdzieś mój jedyny bidon z wodą. Gorąco, pić się chce. Po prostu rewelacyjny moment na zgubienie się w czasoprzestrzeni :-/ Dobiliśmy w końcu do miejscowości Gardna . Jezioro prezentowało się całkiem przyjemnie, lecz długo tam nie zabawiliśmy.

jezioro gardno

jezioro gardno

Polecieliśmy dalej do miejscowości Smołdzino, gdzie czekała na nas świeta góra Kaszebe - Rowokół. Jakieś 100m stromego przewyższenia. Harpagan B. poszedł przodem. Tomek turlał się za nim. Ja maruderowałem na końcu ze wzglądu na grubą dupę, która się zmówiła z grawitacją i nie dawała mi spokoju. W końcu znalazłem się na szczycie pod wierzą widokową. Znaczy się ja i wściekły rój much, gzy i meszek. Grr!!!... żrą.

rowokol wieza

rowokol wieza

rowokol wieza

"Hmm... co oznaczają te krzyże?" - przeleciało mi przez głowę podczas szykowania się do zjazdu. B. i T. mówil, że będzie fajnie. Było.

 

Dwa dość spore stoki, powodowały, że momentami już nie było sensu hamować. Ja na zaciągniętym hamulcu miałem w piku 52km/h <O_o> - jechałem zachowawczo bo pierwszy raz. Byle przeżyć.

Została tylko modlitwa, żeby rower się nie rozpadł...

Click me

Skomentuj